Kubota w akcji

Pierwsza Kubota… ale nie ostatnia

Pan Paweł był już zmęczony ciągłymi naprawami leciwego 80-konnego Zetora. Szczególnie że awarie zdarzały się w najmniej spodziewanym momencie – czy to w czasie żniw, czy jesiennych prac polowych. Dlatego Paweł Marczewski ze wsi Świniarów koło Łosic (woj. mazowieckie) w końcu powiedział: „dosyć” i zaczął szukać nowej maszyny. Prześledził praktycznie całą ofertę rynkową. Gdy jednak zasiadł za sterami najnowszej Kuboty z serii MGX, już wiedział, że taki ciągnik będzie pracował w jego gospodarstwie.

Ile razy można naprawiać to samo – takimi słowami rozpoczął rozmowę Paweł Marczewski. – W dwudziestoletnim Zetorze cyklicznie trzeba było coś wymieniać. A to wysiadło sprzęgło, a to pompa hydrauliczna. Ponadto były problemy ze skrzynią biegów. Fakt, ciągnik ten nie miał lekko, bo pracował zarówno w polu, w transporcie, jak i przy załadunku. Jednak zawodził właśnie wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny. Pomyślałem, że zamiast pakować pieniądze w ciągłe jego naprawy, to te same środki można przeznaczyć na ratę za nowy ciągnik.

Pochodzenie ma znaczenie

Paweł Marczewski jest hodowcą trzody chlewnej. Dzisiaj w cyklu produkcyjnym ma ponad 30 loch. Rocznie do rzeźni odstawia około 500 tuczników. Hoduje również bydło opasowe. Na razie stado krów mięsnych liczy 8 sztuk, ale – jak dodaje – hodowla ta jest stale rozwijana. Baza paszowa dla zwierząt pozyskiwana jest z około 40 hektarów. Oprócz trwałych użytków zielnych, uprawiane są zboża w tym: pszenica, pszenżyto, mieszanki. Warunki gospodarowania nie są lekkie, bowiem gleby mają mozaikowatą strukturę i zdarza się, że nawet na jednej działce występuje zarówno piach, jak i zbita glina. Dlatego Paweł Marczewski szukał przysłowiowego „konia pociągowego”, który radziłby sobie w tych ciężkich warunkach. Myślał nad John Deere’em, jednak tutaj barierą okazała się wysoka cena. Poważnie rozważał również zakup Zetora Forterry HSX. Jednak, jak doliczeniu dodatkowego wyposażenia m.in. fotela pneumatycznego czy klimatyzacji, okazało się, że za podobne pieniądze może nabyć najnowszą Kubotę, w której owy osprzęt jest oferowany w standardzie. A jak mówi: Japończyk to jednak Japończyk.

– Skłamałbym, gdybym powiedział, że kraj pochodzenia ciągnika nie miał znaczenia – mówi Paweł Marczewski. – Mój brat oraz znajomi użytkują japońskie samochody i potwierdzają ich niezawodność i komfort. W ciągnikach Kuboty komfort również robi wrażenie. Maszyny mają obszerną i nieźle wyciszoną kabinę, z której jest bardzo dobra widoczność. Ale nie tylko tym imponują. Przed zakupem ciągnika, miałem okazję przetestować w orce 140-konną Kubotę M135GX. Ciągnik okazał się oszczędny. Przy współpracy z 4-skibowym pługiem obracalnym spalał jakieś 12 – 14 litrów paliwa na godzinę. To o 4 litry mniej w porównaniu z użytkowanym do tej pory Zetorem.

Zamiast dźwigni – przyciski

Rolnik wybrał Kubotę M110GX. Napędza ją czterocylindrowy motor, który jest w stanie wygenerować do 115 KM. Za sprawne przenoszenie mocy na koła odpowiada przekładnia z ośmioma biegami, które zmieniane są pod obciążeniem bez użycia sprzęgła. Gdy doliczymy do tego trzy zakresy prędkości (szybkie, średnie, wolne) do dyspozycji są 24 przełożenia. Tyle samo do przodu i do tyłu, bowiem do zmiany kierunku jazdy wykorzystano elektrohydrauliczny rewersor z dźwignią umieszczoną z lewej strony pod kołem kierownicy.

– W tym ciągniku nie znajdziemy typowych drążków, którymi trzeba często „wachlować”. Tutaj obsługa jest nieco inna i sprowadza się do wyboru zakresu prędkości, a następnie do załączania odpowiednich biegów. Można je zmieniać ręcznie przyciskami. Może się to odbywać również automatycznie, ale tylko w zakresie do czterech biegów. W trybie automatycznym mogę ustawić czułość zmiany biegów. Do tego celu służy specjalne pokrętło umieszczone na prawym panelu. Staram się korzystać z tej funkcji. W czasie prac polowych ustawiam skrzynię na szybszą reakcję, natomiast w transporcie zmieniał czułość, tak aby biegi załączane były z opóźnieniem – wyjaśnia właściciel ciągnika. – Innym ciekawym rozwiązaniem w tej maszynie, jest możliwość zapamiętania i utrzymywania dwóch prędkości obrotowych silnika. Jedną z zapamiętanych prędkości w mojej maszynie jest 1200 obr./min, przy której zawsze wykonuję nawroty na skraju pól. Druga to 1800 obr./min. Przy tej prędkości pracuje się z większością maszyn po polu.

Lekki przód

Rolnik kupił ciągnik w firmie Rolmix w Łosicach. Maszyna przyjechała do gospodarstwa pod koniec lutego br. Do dzisiaj przepracowano nią około 50 motogodzin. Na razie maszyna wykorzystywana była w transporcie i przy wiosennych zasiewach. Jest to jednak dopiero preludium przed tym, co go czeka jesienią. Wtedy ruszy do najbardziej obciążający prac: wywożenia obornika, uprawy ściernika, a przede wszystkim orki z trzyskibowym pługiem obracalnym Kvernelanda. W przyszłości będzie miał również za zadanie koszenie łąk współpracując z zestawem dwóch kosiarek: czołowej i tylnej. Aby to było możliwe rolnik doposażył maszynę w dodatkowy przedni podnośnik. Przedni TUZ wybrał również z innego powodu.

– W trakcie zasiewów zdarzało się, że po uniesieniu załadowanego siewnika odrywały się przednie koła od podłoża – stwierdza Paweł Marczewski. –  Myślę, że dodatkowy balans montowany na przednim TUZ-ie rozwiąże ten problem.

W planach sadowniczy

Oprócz hodowli, w gospodarstwie Pawła Marczewskiego prowadzona jest uprawa owoców miękkich: truskawek (2 ha) oraz porzeczki (7 ha). Na razie za obsługę plantacji odpowiada Ursus 4512, ale z czasem się to zmieni.

– Ursus nie ma przedniego napędu i niestety czasami nie radzi sobie na naszych ciężkich ziemiach – kończy rolnik. – Myślę, że za rok czy dwa go wymienię. Jeżeli mój najnowszy nabytek się sprawdzi, to kolejnym ciągnikiem z pewnością będzie sadownicza Kubota.

Tekst archiwalny. Pochodzi z nr 2 (2) 2014 magazynu “Made in Kubota”.